WYDAWCA. Portal Rynku Wydawniczego
  Twój koszyk WYDAWCA. Portal Rynku Wydawniczego
  szukaj
 Edytorstwo 
 Konkursy 
 Księgarstwo 
 PTWK 
 Szkolenia 
 Technika 
 Prawo 
 Rynek Wydawniczy 
 Targi 
 Linki 
Aktualności
       rynek wydawniczy
24-05-2019
RYSZYŁY WARSZAWSKIE TARGI KSIĄŻKI
23-05-2019
"WYDAWCY WYBIERAJĄ DRUKARNIE" - ROZSTRZYGNIĘCIE PIERWSZEJ CZĘŚCI RANKINGU POLSKICH DRUKARŃ DZIEŁOWYCH 2018/2019
23-05-2019
59. KONKURS PTWK NAJPIĘKNIEJSZE KSIĄŻKI ROKU 2018
22-05-2019
WIRTUALNY KSIĘGARZ NA X WTK
22-05-2019
WYSTAWA POKONKURSOWA "JASNOWIDZE" 2018/2019
22-05-2019
KSIĄŻNICA PRUSZKOWSKA Z NAGRODĄ IM. KIERBEDZIÓW
22-05-2019
PISARKA Z OMANU LAUREATKĄ TEGOROCZNEJ NAGRODY BUKERA
21-05-2019
KONKURS O NAGRODĘ IM. JANA DŁUGOSZA
21-05-2019
23. MIĘDZYNARODOWE TARGI KSIĄŻKI W KRAKOWIE
21-05-2019
TARGOWY NUMER "WYDAWCY"
20-05-2019
PREZYDENT WROCŁAWIA REAGUJE NA APEL NAGRODZONYCH POETÓW
20-05-2019
WYNIKI SPRZEDAŻY TYGODNIKÓW OPINII W PIERWSZYM KWARTALE 2019 R.

Aktualności
       poligrafia
23-05-2019
"WYDAWCY WYBIERAJĄ DRUKARNIE" - ROZSTRZYGNIĘCIE PIERWSZEJ CZĘŚCI RANKINGU POLSKICH DRUKARŃ DZIEŁOWYCH 2018/2019
16-05-2019
AGORA ZAMYKA DRUKARNIE
10-05-2019
XLII POLIGRAFICZNE KONFRONTACJE
04-05-2019
NOWY ZARZĄD DRUKARNI LOTOS POLIGRAFIA
04-05-2019
STORA ENSO INWESTUJE W PRODUKCJĘ PROEKOLOGICZNĄ
25-04-2019
ZŁOTY GRYF 2019 - NOMINACJE
Znamy drukarnie nominowane do tegorocznej nagrody Polskiej Izby Druku Złoty Gryf
08-04-2019
RANKING POLSKICH DRUKARŃ DZIEŁOWYCH 2018/2019
08-04-2019
XLI POLIGRAFICZNE KONFRONTACJE – PODSUMOWANIE
08-04-2019
NOWE INWESTYCJE CENTRUM POLIGRAFII
08-04-2019
VERSAFIRE EP FIRMY HEIDELBERG W DRUKARNI PROFES
15-03-2019
SEKCJA POLIGRAFÓW SIMP WSPIERA MDW
19-02-2019
„COLOR MANAGEMENT W TEORII I PRAKTYCE" - SEMIANARIUM PODCZAS POZNAŃSKICH TARGÓW KSIĄŻKI
Karta pozycji – fragmenty
ROMANS PRABABKI

FRAGMENT

I
Co dzień w południe Warszawa biegła do Ogrodu Saskiego, by się zdumiewać widokiem wicekrólowej, która tam zwykła była używać spaceru. I by się na­patrzeć na kobietę, która kpi sobie z czasu i śmierci.
W okrągłym włoskim kapelusiku, obsypanym kwiatami a` la Pamella, spod którego wyzierały uro­cze loki Apollina (noeuds d'Apollon), w kolorach dziewczęcych, panieńskich, w sukni białej, muśli­nowej lub perkalikowej w kwiaty, bo muślin z per­kalem należał do najmodniejszych w epoce Restauacji. Jeszcze stanik z atłasu, szafirowy w postaci koszyczka i pukle niezapominajek u dołu spódniczki i kształtna nóżka, wyzierająca na świat ukradkiem.
Z wejrzenia, z kibici, ze słówek wreszcie strze­listych wydawała się dziewczęciem tak jakby pięt­nastoletnim.
A ludzie wyliczali dokładnie, że ma lat co naj­mniej siedemdziesiąt, co najmniej, skoro jej syn pierworodny zginął jeszcze w zeszłym wieku w roku 1792 w bitwie pod Jemmappes i skoro już dawno pokładli się w grób jej pierwsi wielbiciele.
Ona zaś zawsze jeszcze pływa jak majtek, biega do mety ze studentami i ma zawsze tyle wiosen, ile się jej właśnie mieć podoba!. .. I jest takim milutkim stworzeniem, które odurza, które kocha, co więcej jest kochane, gdy rzucając się na kozetkę z gracją młodej kobiety każe wylewać gorzkie łzy swym wielbicielom.
Z miłą chęcią prezentowała się wicekrólowa pu­bliczności, wiedząc, że jest fenomenem i żywym problemem dręczącym wszystkie starzejące się pa­nie, które pytały natarczywie jak to się robi w ogóle?
Nie umiał im dać żadnej odpowiedzi skończony dawno wiek XVIII, który dopiął wszystkiego, a prze­cież stanął bezradny wobec sekretu kamienia filozo­ficznego i przedłużania młodości, a wszystkie porad­niki z gotowalni niewieścich wykręcały się fraze­sami.
Więc gdzie znalazła sekret wicekrólowa?
U Ninony de Lenclos czy u Marianny Delorme?
Wysyłano na przeszpiegi panny służące, przekupywano kamerdynerów i podpatrywano ją samą na balu, w ogrodzie, przez szyby karety. Krążyły fantastyczne, przez nikogo naturalnie nie sprawdzone wieści o sumach, jakie miała wydawać na specjal­nych fryzjerów i modystki paryskie. Zaś owe zdo­byte wieści i plotki zapisane zostały przez pamięt­nikarzy.
Madame Zajączek była męczennicą. Konserwo­wała ciało swoje za pomocą niskiej temperatury, tak jak kucharz konserwuje sarninę w lodowni.
Nigdy nie brała do ust gorących potraw. Żywiła się jarzynami, mleczywem i owocami.
Sypiała w pokoju nie opalanym, nie świe­cąc o ile możności wieczorem dla zaszanowania cery.
Pod łóżkiem z firankami, tak, pod łóżkiem, stały szczególne naczynia chłodzące z lodem.
I wanny z piekielnie zimną wodą do rannej ką­pieli.
Mówiono też, że na noc obszywa się w sarnią skórkę, mówiono, że rano ...
Co dzień o świcie wyruszała pani namiestnikowa na daleki, półmilowy spacer pieszy, może nie co dzień i nie dokładnie półmilowy, ale fama stugębna twierdziła tak stanowczo.
Wymieniano jeszcze inne, bardziej męczeńskie zabiegi po cichu i na ucho, a jak było głośno o tych wszystkich dziwach wicekrólowej, niech zaświadczy fakt, że zasłyszał o nich nawet głuchoniemy malarz, Franciszek Ksawery Prek, galileusz, który w r. 1829 wybrał się do Warszawy i zadziwiał tam ludzi opo­wiadaniem poematów Byrona na migi!
Ileż więcej od głuchoniemego powiedzieć mogli ludzie, którzy umieli mówić.
Powiada A. E. Koźmian: ,,Była ona jednym z naj­więcej zadziwiających zjawisk czasu swego! Śmieszną wydawać się mogła ta nieustanna walka z potęgą czasu, choć przyznać należy, że zwycięstwo było po stronie walczącej".
Pisze generał Kołaczkowski: ,,Pamiętam panią Zajączkową w gazowej sukni, z różą we włosach, wachlarzem w ręku na balach i wyznam, że jeśli nie zachwycony, to zadziwiony stanąłem na jej wi­dok. Zachowała czerstwość, wdzięki i ubiór młodego wieku... Czuła i kochała jak 15-letnia panienka".
Na koniec sąd kobiety, panny Turkiestanow, mniej, rzecz prosta, entuzjastyczny, ale przecież:
,,Kibić, postawa, toaleta zachwycające, twarz może nieładna, ale oczy piękne i pełne życia. Przypo­mina z powierzchowności księżnę Medem Kurlandzką",
Wszystkie te opinie pochodzą z lat 1820-tych.
Nie zmieniły się przecież ani na jotę w szesnaście lat później, gdy wicekrólowę poznał przysięgły znawca kobiecości - Balzak.
Pisze on w powieści L'Interdiction: ,,Pewna zna­komita Polka naszych czasów zachowuje pomimo podeszłego już wieku obyczaje młodziutkiej stroj­nisi. Pisane jej widać dożyć wieku Marion Delorme, której biografowie dają 130 lat życia.
Dawna wicekrólowa Polski, bliska już setki wio­sen, posiada umysł i serce młode, figurę czarującą i potrafi w rozmowie, której słówka iskrzą jak ogniste języczki, porównywać ze sobą ludzi i książki naszych czasów z ludźmi i książkami XVIII stulecia! Mieszkając w Warszawie, zamawia kapelusze w Pa­ryżu u Herbaulta. Wielka dama, a ma upodobania dziewczynki... Podrwiwa ze śmierci, śmieje się z ży­cia. Niegdyś zadziwiła Aleksandra I, dziś prześciga Mikołaja wspaniałością przyjęć... Na jej rozkaz wylewają łzy młodzi kochankowie... Zaprawdę to jest bajka o wróżce, jeśli to nie jest w ogóle żywa wróżka z bajki... madame Zayonscek ... "
Tak wielki pisarz upamiętnił swe spotkanie z pa­nią namiestnikową w Paryżu w roku 1836.
Więc czemuż nic o niej nie słychać? To i owo wiedziało się o generale Zajączku, bitnym żołnierzu, niemrawym na starość inwalidzie, który wysługiwał się Konstantemu, a za młodu pokpił sprawę na Pradze. Lecz czemu nic nie słychać o pani Zajączek, wicekrólowej ?

II
Opinia publiczna mówiła, że wicekrólowa była córką kucharza i baletnicy, że ojciec jej książęcej mości przyrządzał pasztety panu hetmanowi Ogińskiemu, a przypadkowa matka tańcowała na teatrum w balecie pani hetmanowej.
Inni jeszcze chcieli ją mieć córką aptekarza, inni znowu cyrulika.
Były to plotki złośliwe, w których jednak tkwiło nieco prawdy na dnie. Bo przez obfitą młodość wice­królowej przesunęli się i cyrulicy, i aptekarze, zaś w balecie tańczyła ona sama.
Pochodziła z rodziny nie gorszej od Ninony Len­clos. Ojciec wicekrólowej, żołnierz z fachu, Jakub Franciszek de Pernet (ur. w r. 1721) był też szlachcicem, z uchodżców hugenockich, dosłużył się szlif pułkownika w wojskach litewskich, po czym prze­szedł na adiutanta buławy hetmana Ogińskiego w Słonimiu. Tamże z żony Antoniny Boydeau miał nieco synów i córek, między którymi Aleksandrę, urodzoną jeszcze za Augusta III około r. 1754. Że Pernetka czuła się zawsze Polką, to wyżej poświad­czył Balzak. Hetmana Ogińskiego zwano ,,hetmanem klarynecistą", albowiem buława jego służyła przeważnie do dyrygowania baletami, które ćwiczył pilniej, niźli swe szyki bojowe; żołnierze słonimscy walczyli usilnie w kapeli słonimskiej, która grała tak przecudownie, że wedle powszechnego, wyrażonego w wierszu współczesnym, mniemania serafi­nowie niebiescy powinni byli przyjeżdżać do Słoni­mia na naukę i wyszkolenie.
Primadonną baletu stała się naturalnie najstar­sza 15-letnia córka pana pułkownika de Pernet, około roku 1769 tak dalece czarująca widzów popisem menueta, że raz jeden z karmazynów z epoki saskiej cisnął jej sto dukatów w zachwycie, a sławny cyrulik pan Isaure ofiarował jeszcze więcej, bo oże­nił się z nią czym prędzej. I stąd się bierze cyrulik w plotce o wicekrólowej. Przybył on do Słonimia z przeciwnego bieguna i z innego zaprzyjaźnionego zresztą państwa, albowiem puszczał z urzędu krew staremu Gryficie jako nadworny lekarz hetmana Branickiego w Białymstoku.
I tam na białostockie zbytki powiózł ową Per­netkę. Cyrulikowa zasłynęła wkrótce w Warszawie. Poznał ją nawet królewski dwór, biły przed nią czołem warszawskie reduty w latach 1776-1780. Była ,,piękna, dowcipna, w intrydze biegła". Zachwycała kibicią, postawą, żywością twarzy, blaskiem oczu i nieopisanym wdziękiem konwersacji.
Szyderca, do pochlebstw mało skory, Tomasz Ka­jetan Węgierski dojrzał ją raz na wytwornej reducie (być może w Pałacu Błękitnym) w kostiumie amazonki i uwiecznił swój zachwyt w rymach nie byle jakich i w towarzystwie niezgorszym, bo tuż obok naczelnych piękności Warszawy: starościny opeskiej i słynnej już w Europie krajczyny Potockiej. W wierszu, w którym była także mowa o ks. generałowej Czartoryskiej, dostały się pani Izorze nastę­pujące komplimenta:

Teraz się przecie między szczęśliwymi liczę
Gdy twoje, Amazonko, oglądam oblicze.
Twe oczy są twym łukiem, strzałmi twe wejrzenia
I sposobu przed nimi nie masz ucieczenia.
A jeśli się kto śmielszy porwać na nie waży
Czujna zazdrość przy twoich wdziękach jest na straży.
Idź sobie, a daremnie myśli mych nie drażnij
Za cząsteczkę nadziei, trzy części bojaźni.

,,Czujna zazdrość" oznacza tu biednego cyrulika, który chętnie byłby wypuścił wszystką krew amato­rom wdzięków swojej żony, gdy obyczajem XVIII wieku chcieli go z nią rozwieść czym prędzej.
Myślał o tym nawet pan aptekarz Skalski, konsy­liarz J. K. Mości, który miał aptekę i kamienicę na Krakowskim Przedmieściu pod nr 431. Rychło się jednak pomiarkował i ,,zrażony zbyt lekkim charak­terem damy odstąpił od poważnych zamiarów". Znał widocznie lepiej niż my dziś tajemnice jej serca i alkowy.
Zaś niedoszła aptekarzowa porzuciła wkrótce swego cyrulika i wybrała Zajączka.
Był to szlachetka z Podola, ubogi, chędogi a śmiały, ten Józef z Wrzący Zajączek.
I różnie szczęścia próbował, to u konfederatów, to u Sapiehów, to z Turkami, to przeciw Turkom, aby tylko mocną klamkę uchwycić i uśmiech fortuny obfity.
Głowę miał twardą, gębę niewyparzoną oraz ,,upodobanie żartów i rozmów rozwiązłością języka ku płci żeńskiej tchnących".
Niedawno bywał w Paryżu, sekretarzując Wiel­horskiemu, posłowi do konfederacji barskiej i wtedy, wszedłszy raz do Palais Royal padł w przysionku na kolana przed obrazem Wenery, bo myślał, że to Matka Boska; przy czym tak serdecznie czołem o ziemię wyrżnął, że mu aż pękła peruka.
Nieokrzesany wykrzesał się przecież szybko, na­uczył pisać zręcznie króciutkie a skuteczne liściki do dam, a że był ,,najstaranniejszy w ubiorze", do­skonale fryzował głowę w pierścienie i żadnej nie przepuścił kobiecie, więc się podobał powszędy.
Potem poszedł na służbę do Ksawerego Branic­kiego, gdzie zaczął od leibhuzara. Gdy hetman je­chał, on stał za karetą, a gdy był u stołu, za krzesłem z farfurką. .
Gdzie i kiedy nie przepuścił pani Izorze, kiedy popadł w jej sieci miłosne, tego wywiedzieć się nie można, dość że odbija rychło żonę felczerowi, a wraz z mariażem wyciąga wielki los życia.
I nigdy, przez cztery dziesiątki lat, nie pożałuje pan Zajączek tego, że poślubił panią Zajączkową, nigdy też nie przestanie słuchać podszeptów jej dyplomatycznego sprytu.
W tym swoim drugim mariażu wstępowała Per­netka w ślady dawnej chlebodawczyni Ogińskiej, która, ilekroć złość ją opadła, chwytała za kołnierz hetmana i małżonka, a wystawiwszy przez okno w pałacu trzymała przez czas niejaki w powietrzu. Może pod wpływem tych ogińskich wspomnień Zajączek, żołnierz "zawsze mężny, uczciwy i wierny" słuchał pilnie pani Zajączkowej i często dobrze na tym wychodził. Za jej i Branickiego podszeptem przystaje do stronnictwa patriotycznego i jako poseł podolski broni na Sejmie Wielkim Konstytucji.
Tkwi w nim rębajło i warchoł oraz twardy adwersarz króla Poniatowskiego i wszystkich, nie wyłączając nawet ks. Józefa, pod którego komendą nieraz będzie sumiennie nadstawiał karku.
Gdy potem, generał już, zaczął jeździć po woj­nach, pani generałowa została w domu. O generałowych, które pozostały w domu, utarło się mówić źle już od czasów Bolesława Śmiałego.
O tamtych pisał niepięknie Gallus, o tej zaś J. U. Niemcewicz: ,,Znaną była z różnych zalotów, rozwiązłego życia i protegowania wszystkich intryg miłosnych".
Potem skompromitował się przy obronie Pragi w r. 1794, czego mu nigdy ludzie nie wybaczą. Wtedy wyjechał za granicę. Prosto w austriacką pułapkę do więzienia. Siedzi razem z Kołłątajem i Potockim w Josephstadt i Ołomuńcu, ale nie tak długo jak oni, bo ma na świecie chytrą żonę.
Owa chytra żona jakimś cudem wykołatała prze­niesienie męża z twierdzy do więzienia w Pradze, a wreszcie zupełną wolność. Archiwa ministerstwa wojny w Wiedniu świadczą do dziś, jak to dowcip­nie uczyniła. Po doświadczeniach barskich, branic­kich i poniatowskich miał już Zajączek dość Pola­ków i Polski. Ogolił głowę po jakobińsku i oglądał się za inną, wdzięczniejszą robotą. A gdy na hory­zoncie rozbłysnął geniusz Pierwszego Konsula, wstąpił w jego służby. Z Egiptu przywiózł Branickiemu śliczne arabskie ogiery, sobie małego Murzynka oraz przyjaciela, misjonarza z długą brodą, ks. Burzyń­skiego, którego potem uczyni biskupem sandomierskim.
Przez cały ten czas madame błyszczy w Paryżu, a wie filutka dobrze, gdzie i do kogo się uśmiechać. Zdobyła tedy kordialną przyjaźń Józefiny Beauharnais i jęła sobie już naprzód upatrywać wygodne miejsce w tworzącej się arystokracji napoleońskiej.
Bardzo bujne wiodła pono w tym czasie życie, lecz go nie znamy. Kwiat jej niezwykłego uroku rozkwitnął nad Sekwaną, młodość należała do oj­czyzny przodków, dopiero ,,wiek niebezpieczny" na­leżeć będzie do Polski. Raz tylko w przelocie mignie jej imię, raz przychwyci plotka panią Izorę, 2° voto Zajączkową na gorącym i brzydkim uczynku, ale też przygwoździ ją mocno. Półsłówkami, ale mocno.
Co to było? Historia równie tajemnicza, jak dra­styczna w związku z owym, wspomnianym już, ,,protegowaniem intryg miłosnych", z udziałem osób wysokiego rodu i z głośnym wreszcie skutkiem w literaturze.
Dość trudno odcyfrować z zasłyszanych półsłó­wek całą aferę, której źródłem i przyczyną był szczególny, po kobiecemu zaciekły, rankor Pernetki do ks. generałowej Czartoryskiej. Jakaś zawiedziona ambicja, jakaś zdeptana duma, może jeszcze w cza­sach fraucymerowania u ,,hetmana klarynecisty".
A w domu Czartoryskich takich afer tajemni­czych nie brakło. Bywało, że ks. generał przebierał się za Cagliostra, aby w ten sposób wybadać tajemnice serca swej małżonki, bywało też i tak, księżna srogą zimą sześć dni pędziła sankami z Amsterdamu, aby zdążyć w masce na redutę warszawską i jedno słówko tajemne drugiej maseczce na ucho szepnąć.
W jednym z tego rodzaju komeraży księżnej ge­nerałowej znalazła się, nie wiedzieć zresztą w jakim charakterze, madame Zajączek, uniosła w rezultacie jakąś wielką do niej pretensję i zemściła się.
Zemstą było nie mniej nie więcej tylko - ogło­szenie drukiem niesmacznych i skandalicznych pa­miętników markiza de Lauzun.
Wiadomo, że ta książka, kompromitująca w ten sam sposób nierycerski wiele pań, wyszła drukiem po raz pierwszy dopiero w roku 1822, już jednak wiele lat przedtem krążyły w Paryżu kopie ręko­piśmienne. Rozbijano się o szczęśliwych właścicieli tych odpisów. Damy paryskie czytały rzecz skwapli­wie, niektóre nawet dodawały do rękopisu objaśnie­nia, jak hrabina de Caumont. Bardziej poszkodo­wane, np. wicehrabina de Laval, zabiegały, aby rzecz uznać za fałszerstwo i apokryf. Zniewolono starego Talleyranda, aby to oświadczył publicznie.
Mimo wszystkie zabiegi książka ukazała się w druku i to jakoby z inicjatywy pani Zajączkowej. Gdyby nie ona - tak twierdzą niektórzy - niecny paszkwil nie ujrzałby nigdy światła dziennego.
Świadkiem klasycznym jest p. Sabina Grzego­rzewska, poinformowana, jak twierdzi, dokładnie o przebiegu całej tej sprawy.
A więc podobno było tak:
Gdy markiz de Lauzun dał głowę pod nóż gilotyny, przesławne ,,memoiry" dostały się w ręce ostatniej kochanki adonisa. Odczytała skwapliwie historię swych poprzedniczek. I żal jej się zrobiło. Szczególnie współczuła z tą, którą najboleśniej po­krzywdził Lauzun, z Czartoryską. ,,Zdjęta delikatnością uczuć, rzadką u podobnych jej stworzeń" - słowa pani Grzegorzewskiej - zaczęła gwałtownie szukać księżny generałowej, aby jej wspaniałomyśl­nie wręczyć to kompromitujące pismo. Lecz nie mogła jej w żaden sposób odszukać, a nikogo w ogóle z Polaków nie znała. Dopiero później w pierw­szych latach Konsulatu spotyka panią Zajączek i wręcza jej rękopis z prośbą o oddanie ks. Czarto­ryskiej.
Cóż czyni madame Zajączek? Nie tylko nie speł­nia życzenia szlachetnej, jakże bardzo szlachetnej kurtyzany, ale nasyca co prędzej dwie brzydkie, dwie najbrzydsze, jakie są w człowieku, namiętności: ponurą żądzę zysku i gwałtowną chęć zemsty.
Ponieważ była zawsze w kłopotach pieniężnych, tedy jeden odpis sprzedaje ,,bardzo drogo jakiemuś panu D ... pełnomocnikowi jakiegoś domu magnackiego z Polski", drugi zaś, wcale nie taniej, najwięk­szemu wrogowi Czartoryskich - Wielkiemu Księciu Konstantemu, który natychmiast kazał (!) go wy­drukować.
Taka jest relacja pani Grzegorzewskiej, poma­wiającej jeszcze Pernetkę o czarną niewdzięczność wobec swej dawnej żywicielki, gdyż miała jakoby całą swą młodość spędzić w Puławach, (!) była ,,dla wesołości i dowcipu lubiana bardzo przez księżnę" i tam nawet poznała swego drugiego męża.
Cały ten wywód oparty jest na przesłankach albo zupełnie fałszywych, albo mało prawdopodobnych.
Szlachetna kurtyzana, jedyna jakoby właścicielka skandalicznego rękopisu, istnieć nie mogła nigdy z tego prostego powodu, że rękopis pamiętników Lauzuna pozostawał zawsze w ręku rodziny i stam­tąd pochodziły liczne odpisy. Więc ów pan D ... nie potrzebował kupować rękopisu ,,bardzo drogo" od madame Zajączek, także o udziale Wielkiego Księcia Konstantego w całej aferze nic skądinąd nie wia­domo, a pani Aleksandra była z nim zawsze na wojennej stopie. Nie mogła ona również spędzić młodości w Puławach, skoro Czartoryscy sprowadzili się do Puław dopiero wówczas, gdy dawno była mężatką,
Że jednak umaczała w jakiś przemyślny a zło­śliwy sposób rączki w tej nieczystej sprawie - nie ulega wątpliwości.
Takie było przekonanie ogólne nie tylko w sa­mych Puławach (przyjęte i przekręcone przez panią Grzegorzewską, zwiedzającą je w r. 1828), lecz również w najbliższym otoczeniu samej pani na­miestnikowej. Stary Kajetan Koźmian, zresztą obrońca Zajączków i przyjaciel, świadczy w pamiętnikach: nie lubiano jej w Puławach, gdyż ,,przy­czyniła się do wydania pewnego obelżywego dla domu Czartoryskich pisma".
Opinia publiczna powtarzała rzeczy bardziej nie­stworzone. Że to było po prostu zwyczajne wymu­szenie, że Pernetka, pełniąc funkcję pocztyliona miłosnego księżny generałowej, zagroziła jej nagle ogłoszeniem listów jakichś drukiem, jeśli nie otrzyma natychmiast dwu tysięcy dukatów, że dalej przestraszona (!) księżna generałowa wyznała wszystko mężowi, księciu generałowi ziem podol­skich, który rozczulony przebaczył i... zapłacił.
To było prawdą. Czartoryski zapłacił istotnie wiele tysięcy dukatów, tylko nie ojciec, Adam Kazi­mierz, lecz syn, Adam Jerzy i nie za listy miłosne żony, lecz za zniszczenie lwiej części nakładu ubliża­jących jego matce pamiętników, które z tego powodu stały się w pierwszym wydaniu białym krukiem .
A najmniej wzięła sobie do serca całą tę historię osoba najbardziej poszkodowana, księżna genera­łowa Czartoryska nie wypierająca się nigdy swych przygód miłosnych i teraz nie zmartwiła się zbytnio ani ohydnym postępkiem pana de Lauzun, ani wy­rafinowanym uczynkiem pani de Zajączek.
Minął nawet rychło słuszny żal, jaki do niej mieć mogła. Zobaczymy jeszcze, że będą u siebie bywać i mimo wszystkie przeciwieństwa grzecznie się uśmiechać nawzajem. Tym bardziej, tym bardziej że szczęście wiodło coraz wyżej baletnicę hetmana­-klarnecisty, a wielowładna fortuna nie szczędziła uśmiechów Józefowi z Wrzący.
Tym razem uśmiech był huczny i złoty, bo przy­niosły go orły napoleońskie.


POWRÓT

Portal www.wydawca.com.pl., miesięcznik ,,Wydawca"; Księgarnia Branżowa [ więcej ›› ]

Konkursy | Organizacje | PTWK | Poligrafia | Prawo | Promocje | Szkolenia | Targi | Linki | Książki | Antykwariat | Czasopismo